niedziela, 31 sierpnia 2014

MARROCANS - street style photography from my trip to Marocco part #1

Czego zaniechałam w Paryżu, nie mogłam sobie odpuścić w Maroko. Mowa oczywiście o dokumentacji street fashion, chociaż określenie to w odniesieniu do państw afrykańskich może brzmieć nieco groteskowo. Te zdjęcia to nie tylko moda, a raczej dużo więcej niż ona sama. Tym razem, nie jest ona najważniejsza. Pierwsze skrzypce gra tu odmienność kulturowa krajów muzułmańskich. To zwykłe pamiątki z podróży, które jednak pokazują dużo więcej niż jedynie piękne widoki. Można na nich dostrzec jedne z najciekawszych dla niemuzułmanów aspektów kultury arabskiej i życia w krajach islamu. Myślę, że nie tylko według mnie są nimi właśnie pozycje kobiety i mężczyzny w społeczeństwie, wzajemne relacje obojga płci, rola, jaką w życiu codziennym odgrywa religia czy to, ile się (nie)zmieniło przez dziesiątki lat. Kultura państw Afryki Północnej i Środkowego Wschodu jest dla mnie czymś niezwykle intrygującym. Samego stosunku do niej nie jestem w stanie dokładnie określić. Fascynacja innością miesza się u mnie z obrzydzeniem, bulwersacją, chęcią buntu. Chociaż bardzo lubię odwiedzać te regiony, to już mój piąty raz w państwie, w którym ponad 90% ludności stanowią muzułmanie, to trudno mi przejść na porządek dzienny z tamtejszymi realiami. Jako kobietę, osobę nowoczesną, człowieka o liberalnych pod względem aspektów społecznych poglądach, sytuacja w państwach arabskich musi mnie nie tylko dziwić, ale też drażnić. Kilka przykładów? W Arabii Saudyjskiej kobietom nadal nie wolno prowadzić samochodu, co więcej w zeszłym roku saudyjski szejk publicznie stwierdził, że kierowanie pojazdem negatywnie wpływa na jajniki, a co za tym idzie, może powodować problemy z rodzeniem dzieci! Na północy kraju, sąd skazał jedenastu mężczyzn i trzy kobiety na kary więzienia i chłosty za to, że razem urządzili imprezę. W Pakistanie, Iranie czy Sudanie gejom grozi kara śmierci, a lesbijkom chłosta. W samym Maroku, państwie świeckim, za zapalenie papierosa w czasie ramadanu grozi kara pozbawienia wolności nawet na trzy lata. Z drugiej jednak strony wiem, że to kultura zupełnie inna. Nie można porównywać europejskich realiów do tych, które panują w państwach, w których religia, i to islam, zajmuje tak ważne miejsce. Ponadto, żyjące tam kobiety często nie znają innego życia, w tym wypadku nie żałują więc, że nie urodziły się w innej części świata. Nierzadko same są bardzo religijne i do noszenia chustki nie zmuszają ich mężowie, szwagierki czy teściowe, a one same. Z innej strony, mamy XXI wiek, nowe pokolenia są coraz bardziej postępowe, a młode kobiety częściej niż ich matki i babcie pragną przeciwstawić się niesprawiedliwościom społecznym. Wystarczy wspomnieć choćby o Turczynkach, które reagują zbiornie na każde co dziwniejsze wystąpienie wicepremiera. Ostatnio portale społecznościowe zaroiły się od zdjęć uśmiechniętych od ucha do ucha obywatelek Turcji, działających na przekór Bulentowi Arincowi, który stwierdził, że kobiety nie powinny śmiać się publicznie. Mieszkanki Arabii Saudyjskiej już w 1990 roku próbowały zbuntować się przeciw zakazowi zasiadania za kierownicą. Niestety realia życia w tej monarchii despotycznej są jakie są i akcja zakończyła się niepowodzeniem.
Piszę o tym wszystkim, bo na moich zdjęciach widać między innymi właśnie sytuację kobiet w Maroku. Mimo, że jest państwem świeckim i dużo mniej ortodoksyjnym niż Arabia Saudyjska czy Irak, kobiety muszą zakładać nie tylko chustki. Praktycznie co chwilę widziałam na ulicy panie pokryte czernią od stóp do głów, w czterdziestostopniowym upale chodzące w skarpetkach czy rękawiczkach. Niemało było też takich, które oprócz obowiązkowego hidżabu, miały na sobie burki afgańskie albo nikaby. Kobiet bez zakrytych włosów widziałam na ulicach Rabatu, Marrakeszu czy Casablanki bardzo mało. Zdjęcia pokazują też, że być może Coca-Colę kupić można na każdym stoisku, a samo Maroko staje się magnesem dla zagranicznych inwestorów, ale to państwo nadal bardzo tradycyjne. Mimo, że nieźle się rozwija, mężczyźni bardzo przywiązani są do swojej kultury i obyczajów, nie tylko jeśli chodzi o ich żony i córki, ale także względem samych siebie. Panów w ,,sukienkach'' można zobaczyć tam tak często, jak tych w spodniach. W zależności od regionu, taki widok jest nawet spotykany częściej! Te ,,sukienki'' to tak naprawdę dżelaby, inaczej galabiye. Nazwy te określają szatę wierzchnią zakładaną zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety. Na poniższych zdjęciach zobaczycie niejednego pana w takim stroju, a ja, wierzcie lub nie, widziałam ich duuużooo więcej. Te damskie często wykończone są złotymi haftami, te męskie często zdobią pionowe pasy. Sama uległam pokusie i kupiłam jedną galabiję.

CLICK TO SEE MORE PHOTOS!

środa, 27 sierpnia 2014

FASHION IN BERBERS' WORLD

Des Arts Decoratifs w Paryżu czy Wiktorii i Alberta w Londynie są nieporównywalne, ale rzadko które muzeum zaskoczyło mnie tak, jak Muzeum Berberyjskie w Maroko. Maleńkie, zaledwie czteropokojowe muzeum kultury i sztuki berberyjskiej usytuowane jest w słynnym Jardin Majorelle. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych zabytków Marakeszu to także największa gratka dla fanów mody w całym Maroko. Oglądaliście ,,Yves Saint Laurent'', ostatni film o słynnym projektancie? Część scen produkcji Jalila Lesperta mogła być kręcona właśnie  w Ogrodach Majorelle'a! W 1980 roku posiadłość zaprojektowaną i zamieszkiwaną przez francuskiego artystę Jacquesa Majorelle'a odkupili wspomniany projektant i jego partner Pierre Bergé. Wcześniej popadła ona w ruinę i nowi nabywcy odnowili zarówno rezydencję, jak i ogród. Muzeum Berberyjskie powstało na terenie posiadłości znacznie później, już po śmierci YSL. W 2011 roku założył je Bergé, który swoją decyzję wyjaśnił potem następująco: ,,Decyzja powołania do życia tego muzeum w  Marrakeszu, krainie Berberów, w Ogrodzie Majorelle, stworzonym przez artystę, który namalował wiele scen z Berberami w roli głównej (...), wydaje się całkowicie oczywista.''.
Muzeum Berberyjskie niesamowicie mnie urzekło. Choć niewielkie, zachwyciło mnie niemalże tak, jak te z najznamienitszych muzeów świata, które miałam okazję odwiedzić. Wpłynął na to z pewnością fakt, że znalezienia w Ogrodach Jacquesa Majorelle'a muzeum, a tym bardziej takiego przepełnionego strojami czy biżuterią, zupełnie się nie spodziewałam. Nie przypuszczałabym też, że cztery niewielkie sale mogą pomieścić tyle (ponad 600) obiektów. Na uwagę zasługuje też niebywała jak na marokańskie warunki pomysłowość wyrażająca się w wystroju wnętrza. W środku można było poczuć się jak ludzie Atlasu, i ci mieszkający tam setki lat temu, i ci żyjący tam dzisiaj, bo w gruncie rzeczy niewiele się tam zmieniło. Trzy sale wyłożone zostały drewnianą podłogą i boazerią wykończoną na wzór marokańskich umocnień (kazb) czy typowych arabskich budynków mieszkalnych. Pomieszczenie poświęcone biżuterii pozostawia na odwiedzających niesamowite wrażenia oglądania ugwieżdżonego nieba. Za przeszklonymi gablotami widać półkolistą ścianę pokrytą lustrami i czarnym materiałem ozdobionym mnóstwem srebrzystych punkcików. Nie ma co się dziwić efektowi, jaki wywołuje muzeum. Prace nadzorował w końcu Pierre Bergé, życiowy kompan nie tylko wielkiego kreatora mody, ale także scenografa teatralnego!
Chociaż najstarsze eksponaty pochodzą z XVIII, a najnowsze z lat 60. ubiegłego wieku, większość z nich wygląda niemalże tak samo, jak te używane przez Berberów współcześnie. Po przejściu z sali z krótkim wprowadzeniem do następnego pomieszczenia, oczom zwiedzających ukazują się przedmioty codziennego użytku. W drewnie, skórzane, z metalu czy gliny ukazują różnorodność efektów tradycyjnej pracy ludzkich rąk. Oprócz narzędzi czy zastawy, w gablotach wystawiono także przedmioty używane przy rozmaitych obrzędach. Następna część Musée Berbère to pokój poświęcony biżuterii - ogromnym naszyjnikom, specyficznym ozdobom głowy albo bogato zdobionym naramiennikom. Wszystkie zostały wykonane ze srebra, jednak przy użyciu trzech technik odpowiadającym różnym regionom. W przypadku kolii, srebro było łączone także z innymi materiałami: koralem, bursztynem czy amazonitem. Ostatnia część wystawy to rozmaite zdobnictwo, ale przede wszystkim kostiumy. Manekiny prezentują stroje złożone z ogromnej ilości warstw i elementów. Określenie ,,na cebulkę'' to w tym wypadku duże niedopowiedzenie. Inny region to inna grupa Berberów, a to z kolei oznacza inny ubiór. Ludzie Riffu wyglądali więc inaczej niż ci z Atlasu, a ci z Anty-Atlasu inaczej niż ci z Atlasu Wysokiego. Tę różnorodność Muzeum Berberyjskie pokazuje doskonale, tym bardziej, że w tak małej ilości.
english version soon

CLICK TO SEE MORE PHOTOS AND THE VIDEO! 

niedziela, 24 sierpnia 2014

PARISIAN VIEWS #4

As most of you know from the facebook fanpage, last week I spent in the stuning city of Paris. I had a pleasure to be there for the second time, therefore, I didn't have to visit all of the must-see places. To many of them, however, I came back, because it's impossible not to miss the Eiffel Tower or contemplating it from the Champ de Mars. On contrast, Musée d'Orsay loved by almost every tourist was missed. I see nothing beautiful in l'impressionisme so I was happy that it was checked off two years ago during my previous visit in Paris. This time, I had a lot of time to do whatever I wanted, from chilling in parks just like Parisians do to watching exhibitions about fashion (about which you'll read on Fashion from Art soon).
In the last part of my photo relation from Paris, I'll show you what I chose to wear during seventh day of my stay in the capital of fashion. You'll see mainly La Défense, Parisian bussiness district, because I spent there almost whole day. Above and beyond: La Grande Arche de La Défense - the new Trumphal Arch, as well as the original one - Arc de Triomphe de l'Étoile and Avenue des Champs-Élysées.

.... 


Jak większość z Was wie z blogowego fanpejdża, zeszły tydzień spędziłam w Paryżu. Miałam przyjemność być w tym mieście po raz drugi w swoim dziewiętnastoletnim (już! wczoraj miałam urodziny) życiu, więc nie byłam zmuszona do odwiedzenia wszystkich miejsc, które w stolicy Francji trzeba zobaczyć. Do wielu z nich jednak wróciłam, bo trudno nie zatęsknić za Wieżą Eiffela czy podziwianiem jej leżąc na Polach Marsowych. Z kolei, uwielbiane przez zdecydowaną większość turystów Musée d'Orsay mogłam sobie odpuścić. Nie widzę nic pięknego w l'impressionisme, dlatego byłam szczęśliwa, że zaliczyłam je już dwa lata temu, podczas mojego ostatniego wypadu do Paryża. Tym razem miałam więc dużo czasu na robienie tego, na co tylko miałam ochotę, od chillowania w parkach jak prawdziwi Paryżanie, do oglądania wystaw poświęconych modzie ( o których już niedługo przeczytacie na Fashion from Art).
W ostatniej części mojej fotorelacji z Paryża, pokażę Wam, co zdecydowałam się założyć podczas trzeciego i czwartego dnia w stolicy mody. Zobaczycie przede wszystkim La Défense, biznesową dzielnicę Paryża, ponieważ spędziłam w niej prawie cały dzień. Ponadto La Grande Arche de La Défense, czyli nowy Łuk Triumfalny, a także ten oryginalny, czyli Arc de Triomphe de l'Etoile, a oprócz tego Avenue des Champs-Élysées.
 
READ MORE: